Codziennie gramy o opłacalność – Marcin Popielarz szczerze o realiach polskiej gastronomii
Szef Marcin Popielarz w szczerej rozmowie odpowiada na szereg nurtujących nas pytań:od współpracy z polskim producentami lokalnymi po Gwiazdki Michelin.
Lokalni producenci – wyzwania
Czy zmierzasz w kierunku kuchni regionalnej w jej najczystszej formie?
Na początku 2027 roku zaprezentujemy „Białego Królika” w nowej odsłonie. Nazwałem ten nowy koncept prequelem „Białego Królika”. Nie do końca wiem, co oznacza czysta forma kuchni regionalnej. Natomiast dla mnie kluczowym elementem będzie mapa producentów żywności, którzy znajdują się w bliskiej odległości od nas. Ułatwi nam to proces zamawiania towarów oraz eksplorację tych dostawców i producentów, a także stworzy gastronomiczną mapę, po której będziemy mogli się poruszać. Planujemy nawiązać do regionalnych, tradycyjnych receptur, jednak główny akcent położymy na sam produkt. Jego naturalnej struktury nie zamierzamy w żaden sposób naruszać. Nie chcę, abyśmy skończyli na etapie skomplikowanych kombinacji z produktem, który sam w sobie jest doskonały. Na przykład, jeśli będziemy mieli do czynienia z wyśmienitą jagnięciną od małego producenta z Mazur, chcemy ją podać w jak najczystszej formie, w jak najprostszy sposób, aby wydobyć jej prawdziwy smak. Jedynym dodatkiem do niej będzie szałwiowe, brązowe masło.
Wielu szefów kuchni deklaruje chęć korzystania z lokalnych dostawców, jednak napotykają na znaczące problemy logistyczne. Jakie jest Twoje zdanie na ten temat?
Kiedy dziesięć lat temu otwierałem „Białego Królika”, miałem na celu wprowadzenie szczytnych idei, ale wówczas niemożliwe było otrzymanie produktów lokalnych na czas. Cały system dostawców działających w branży gastronomicznej praktycznie nie istniał. Dziś mamy wszelkie możliwości, aby taki proces stworzyć. Pracowałem nad tym w swojej głowie, spotykając się z przedstawicielami firm takich jak DPD Food, którzy wyjaśnili mi, jak to wszystko obecnie funkcjonuje. Rozumiem również konsternację innych szefów kuchni, którzy borykali się z podobnymi problemami. Staram się znaleźć rozwiązania, aby produkty docierały do nas w czasie rzeczywistym.
Wyzwania
Kolejnym wyzwaniem jest ograniczona liczba lokalnych produktów lokalnych. W wielu miejscach powtarzają się te same nazwy, takie jak kawior Antonius, pstrąg z Zielenicy czy sery od Kozy Kaszubskiej. Czy zgadzasz się z tym?
Tak, te produkty pojawiają się w różnych restauracjach, ponieważ są doskonałej jakości, co sprawia, że restauratorzy chętnie je wykorzystują. Jednak warto zauważyć, że istnieje mnóstwo producentów, którzy nie docierają do dużych miast, a są lokalnymi wytwórcami w swoich gminach. Na przykład Mleczarnia z Karszewy dostarcza mi swoje wyroby tylko raz na dwa tygodnie, w środę.
Wielu lokalnych producentów dostarcza swoje produkty jedynie do najbliższego dużego miasta. Kluczowe jest przełamanie ich niechęci do pakowania i wysyłki produktów. Wymaga to komunikacji – trzeba skontaktować się z nimi, wyjaśnić, o co chodzi, a oni muszą uwierzyć w naszą misję. Ostatnio miałem okazję rozmawiać z producentem kaczek z Mazur, który produkuje ich naprawdę dużo. Niemal wszystkie wysyła do ubojni, oddalonej o 10-15 kilometrów, ponieważ ma tylko małą własną ubojnię. Sprzedaje je na lokalnym rynku. Przekonałem go, że opłaca mu się zabijać kaczki w swojej ubojni i wysyłać je do mnie. Dzięki temu mogę otrzymać około 45 kaczek tygodniowo. To są ilości, które nie każdy mały producent jest w stanie wyprodukować, zwłaszcza w sezonie. Niestety, osoby, które potrafią zapewnić ciągłość dostaw, to zazwyczaj nie mali producenci, lecz ci, którzy prowadzą duże biznesy.
Poszukiwania lokalności
Jak poszukujesz wartościowych lokalnych producentów? W jaki sposób sprawdzasz ich jakość? Jak budujesz relacje z nimi?
Głównie korzystam z internetu. Przeglądam różne źródła, kontaktuję się z producentami i badam rynek, analizując, kto zajmuje się hodowlą kaczek, a kto indyków. Jednak problem jest bardziej złożony. Jeśli ktoś hoduje np. indyki, a mamy takiego producenta tutaj na Pomorzu, to on całe mięso oddaje do ubojni, bo nie ma jej u siebie. Co za tym idzie ja muszę dogadać się z ubojnią, a ona mi określa, czy rzeczywiście indyk jest od tego producenta. Działam dwutorowo, dogranie takich rzeczy jest bardzo wymagające i potrzeba jest naprawdę bardzo dużo czasu.
Twoje DNA kulinarne jest pomorskie. Pochodzisz z Żuław. Jak opisałbyś kuchnię pomorską sensorycznie?
Kuchnia pomorska jest niezwykle bogata. Wynika to nie tylko z bliskości ujść rzek i jezior, ale także morza. Duże miasta, takie jak Gdańsk, były tyglem, w którym łączyły się różnorodne produkty. Gdańsk dostarczał składników do wielu dworów szlacheckich w regionie, co sprawiało, że jadłospisy były bardzo różnorodne. Ale sama kuchnia pomorska nawiązuje do tradycji polskiej, wzbogaconej o ryby i owoce morza, takie jak raki, które mają swoje miejsce w kulturze kaszubskiej i żuławskiej. Kiedyś wszystkie jeziora były zamieszkiwane przez różne gatunki raków. Smaki kuchni pomorskiej określam jako zrównoważony balans między słodyczą a kwasowością. Kaszubska kuchnia, jakiej się nauczyłem ma w przewadze słodycz, zaś u nas na Żuławach przeważa smak kwaśny.
Estetyka i smak
Twoje potrawy zachwycają wizualnie. Jak postrzegasz relację między estetyką a smakiem na talerzu? Jaką rolę odgrywa narracja dań?
Dania muszą wyglądać apetycznie, ale bez solidnych podstaw kulinarnych nawet najładniejsze danie nie będzie smaczne. Na przykład, jeśli nie potrafisz przygotować doskonałego zielonego puree z groszku, efekt na talerzu będzie rozczarowujący, nawet jeśli spróbujesz je podkolorować. Wszystko zaczyna się od podstawowych technik kulinarnych, które poznawałem od najmłodszych lat. Jeśli potrafisz przygotować dobry demi-glace czy mousse z białej czekolady, to później jedynie odpowiednie połączenia smakowe pozwalają stworzyć właściwe danie. Często to, co psuje percepcję dania, to proporcje.
Ważne jest, aby przy układaniu talerza zwrócić uwagę na to, czy ilość sosu wystarczy do zamoczenia każdego kawałka mięsa. Dania na talerzach muszą wyglądać pięknie, ale musimy pamiętać, że ktoś je spożywa. Odpowiednia ilość tłuszczu na talerzu powinna być zrównoważona świeżymi składnikami, takimi jak sałata czy chrupiące warzywa. Jeśli na talerzu jest dużo kremowych lub przecieranych elementów, musimy dodać coś chrupkiego, aby zapewnić różnorodność tekstur. Jeśli to jest zachowane i talerz ładnie wygląda, no wtedy jest całość, ale jeśli te rzeczy się nie uzupełniają, wtedy mamy niespójny efekt.
Co zachwyca gości
Jakie dania w restauracjach, w których pełnisz rolę szefa patrona, budzą zdziwienie i zachwyt gości?
Przede wszystkim kluczowa jest narracja – każde danie powinno mieć swoje podłoże. Na przykład w gdańskiej„Hewelce” staramy się łączyć różnorodne kultury kulinarne. Kiedy przygotowujemy dania z kuchni narodowych, dążymy do ich jak najwierniejszego odwzorowania. Na przykład, gdy w karcie pojawił się Tom Yum, chcieliśmy, aby smakował tak jak w Azji. Dokładamy wszelkich starań, aby oddać oryginalny smak, jak w przypadku chińskiej kaczki po pekińsku. W tym kontekście stawiamy na kulturowy miks.
Zajmuję się też kuchnią polską, ale mieszam ją z francuskimi stylami gotowania, z wpływami kuchni: czasami włoskiej, czasami brytyjskiej, bo uważam, że kluczowa dla rozwoju, gastronomii na świecie jest kuchnia europejska i ta kuchnia europejska dla mnie jest jakby kuchnią narodową. Przechodząc do konkretów, w Gdyni naszym najlepiej sprzedającym się daniem jest Tournedos à la Rossini– najdroższe danie, jakie kiedykolwiek serwowałem w restauracji, kosztujące 380 zł za porcję, a sprzedałem jej tysiące porcji. To klasyczne danie Augusta Escoffiera, ale w naszej autorskiej wersji. Składa się z naleśnika truflowego, szpinaku, polędwicy przygotowanej medium rare, plasterka smażonego foie gras oraz smażonego ogona homara. Całość dopełnia kawałek brokułu, a w sezonie dodajemy także szparagi oraz marynowane trufle.
Natomiast w „Szpasie” hitem jest śledź po żuławsku – danie, które w rzeczywistości jest śledziem na plackach ziemniaczanych. Śledź marynowany jest w różowych burakach, a marynata oparta jest na occie spirytusowym. Podawany jest na usmażonych plackach ziemniaczanych, z dodatkiem cebuli i kiszonego ogórka. Sos to prosty, wiejski dressing, przypominający amerykański ranch, ale z przewagą maślanki i oleju koperkowego. To połączenie zimnego z ciepłym tworzy interesującą grę smaków. Jeśli chodzi o„ Leśny Dwór” w Sulęczynie, przez lata największym hitem była kaszubska zupa rakowa inspirowana polem Bocuse.
Szlaki kulinarne
Niedawno zainaugurowano projekt szlaku kulinarnego „Smaki Gdańska”, a Gdańska Organizacja Turystyczna wydała książkę o tym samym tytule. Czy po pandemii dostrzegasz intensyfikację promocji kuchni regionalnej?
Cieszę się, że w Gdańsku realizowane są takie inicjatywy. Z ramienia naszej restauracji „Hewelka” wzięła udział w tym projekcie Alona Orel. To niezwykle utalentowana szefowa kuchni, z którą lata temu otwieraliśmy „Zakwasownię” i wspólnie rozwijaliśmy „Hewelkę”. Uważam, że takie inicjatywy są fajne, bo promują przede wszystkim naszą rodzimą kulturę kulinarną. Po latach jestem w stanie stwierdzić, że naprawdę, czy to kuchnia włoska, czy kuchnia azjatycka, czy kuchnia z różnych zakątków świata, naprawdę my jako Polacy gotujący w kraju nie mamy się czego wstydzić, bo mamy wspaniałe włoskie pizzerie, które oferują niezapomniane doświadczenia związane z pizzą neapolitańską, znakomite domy sushi, świetne ramenownie oraz doskonałe restauracje z kuchnią tajską. Uważam, że polscy kucharze mają talent do przyjmowania wpływów z zewnątrz i adaptowania ich do naszych warunków, co prowadzi do powstania wyjątkowych dań.
Przewodnik Michelin
Czego osobiście brakuje Ci w działaniach promocyjnych? Co Cię uwiera?
Cieszy mnie ekspansja Czerwonego Przewodnika, jednak dostrzegam pewne braki, zwłaszcza w zakresie edukacji gości. Brakuje mi również rekomendacji dla „Białego Królika” – od trzech lat nie otrzymaliśmy żadnej, mimo że posiadamy dwa klucze.
Oprócz tego jakby niczego mi nie brakowało. Uważam, że wybierane są naprawdę znakomite miejsca. W przypadku niektórych z nich mam jednak wątpliwości, dlatego stawiam sobie pytanie o „Białego Królika”, w którym spędziłem praktycznie cały ostatni rok i miałem okazję obserwować jego funkcjonowanie. Brakuje mi również rekomendacji dla „Białego Królika” – od trzech lat nie otrzymaliśmy żadnej, mimo że posiadamy dwa klucze.
Jeśli chodzi o ekspansję, jest to niezwykle istotne, ponieważ w mniejszych miejscowościach, takich jak Lublin, Rzeszów, Gorzów Wielkopolski, Szczecin czy Olsztyn, znajduje się wiele wspaniałych restauracji oraz pasjonatów kuchni, którzy robią kuchnię z pasją i uważam, że dla nich nawet znalezienie się tam w postaci rekomendacji czy otrzymanie Bib Gourmand to jest zupełny „game changer” na lokalnym rynku. Cieszę się, że Czerwony Przewodnik rozrasta się na całą Polskę.
Szef kuchni – artysta czy rzemieślnik?
Czy czujesz się bardziej artystą, czy rzemieślnikiem?
Zdecydowanie bardziej identyfikuję się jako rzemieślnik niż artysta. Nie lubię porównywać kucharzy do artystów, ponieważ zawsze uważałem, że artysta przestaje być nim po około 190 godzinach pracy w miesiącu. Tym bardziej, jeśli miałbym określić po prostu procent, który wpływa mi z mojej pracy rzemieślniczej lub artystycznej w tym zawodzie kucharz, to zdecydowanie więcej zarabiam jako rzemieślnik, czyli człowiek, który robi duże imprezy, człowiek, który robi wesela, komunie czy zorganizowane kolacje, więc na pewno więcej zarabiam jako rzemieślnik, trochę mniej jako artysta. Oczywiście dostrzegam w sobie pewien artystyczny pierwiastek w gotowaniu, ale nie uważam, że jest to kluczowe. Staje się to istotne, gdy przechodzimy z roli dobrego zastępcy szefa kuchni na samodzielnego szefa kuchni.
Równowaga
Masz pragmatyczne podejście. Równowaga między sztuką kulinarną a bezpieczeństwem finansowym jest kluczowa. Rozwiń proszę tę myśl.
Równowaga między sztuką kulinarną a bezpieczeństwem finansowym jest kluczowa. To jeden z wniosków, do których doszedłem na podstawie własnych doświadczeń. Ostrzegam wszystkich, którzy dopiero zaczynają swoją przygodę jako szefowie kuchni, aby uważnie przyglądali się finansom związanym z ich działalnością. Ważne jest, aby stworzyć model zarządzania kuchnią, w którym wkład pracy związany z przygotowaniem i serwowaniem potraw będzie proporcjonalny do przychodów, jakie można z tego uzyskać. To, czy my będziemy mieli określoną trudność dań do składania, czy określoną trudność produkcji, czy to finalnie nie wpłynie na to, ile my będziemy w stanie finalnie wydać posiłków, czy obsłużyć Gości, żebyśmy mieli na pokrycie wszystkich kosztów prowadzenia biznesu.
Uważam, że realistyczne podejście oraz pragmatyczne spojrzenie na rolę kucharza są niezwykle istotne. Ważne jest, aby stworzyć model zarządzania kuchnią, w którym wkład pracy związany z przygotowaniem i serwowaniem potraw będzie proporcjonalny do przychodów, jakie można z tego uzyskać.To się nie zmieniło od lat i nigdy się nie zmieni. Musimy pamiętać, że jesteśmy rzemieślnikami, których celem jest tworzenie doskonałych potraw, za które klienci będą chcieli zapłacić. Ważne jest, aby suma tych wpływów pokrywała nasz wkład pracy oraz pozostawiała zysk dla właściciela biznesu.
Test the Taste
Z jakich pobudek zainicjowałeś projekt „Test the Taste” w Białym Króliku?
Chciałem być bliżej swoich gości. Nasza kuchnia w „Króliku” znajduje się na dole, a planowana przebudowa ma na celu zbliżenie nas do odwiedzających. Jednak nie chciałem czekać na realizację tych zmian przez cały rok. Postanowiłem stworzyć nowy koncept, w ramach którego będziemy serwować dania, których wcześniej nie oferowaliśmy. Będę zapraszał gości z różnych stron Polski, a oni będą przyjeżdżali na takim totalnym freestylu, ale co najważniejsze udostępnimy tym naszym gościom po prostu to, że mogą chodzić między nami, mogą zadawać pytania, mogą z nami być nawet na kuchni właściwej w momencie, w którym składamy dania i to po prostu, jakby, skończyło się super odzewem. Efekt przerósł nasze oczekiwania – goście byli zaskoczeni, jak wiele pracy wymaga to zajęcie, i nie zdawali sobie sprawy, jak wygląda kulinarna rzeczywistość.
Ludzie spod skrzydeł Marcina
Spod Twoich skrzydeł wychodzi wiele osób, które zaznaczają wyraźny ślad na polskim rynku gastronomicznym. Wystarczy wspomnieć Rafała Koziorzemskiego i Dawida Bieleckego. Jak Ty to robisz? Jak wybierasz ludzi?
Dużo, naprawdę bardzo dużo szefów kuchni, zastępców, szefów cukierni. Zacznę od Bogdana Semczyna, który jest obecnie Sous Chefem w „Savage”, w Oslo. Mega zdolny człowiek. Do dzisiaj uważam go za jednego z najlepszych specjalistów. Przepracował ze mną bodajże 4 lata.
Rafał Koziorzemski oczywiście, razem otwieraliśmy „Białego Królika”. Też mega zdolny człowiek. No i to, co robi teraz, tylko to jakby poświadcza, że to był od początku bardzo wielki talent. Dawid Bielecki, z którym spędziliśmy też prawie 4 czy 5 lat w „Białym Króliku”. Teraz widzisz sama, z jakim powodzeniem działa w „Verte”. Michał Wester, który jest Sous Chefem w „Giewoncie”, w restauracji z jedną gwiazdką. U mnie spędził prawie 3 lata. Alona, która kieruje moją restauracją „Hewelką” spędziła prawie 5 lat w „Białym Króliku” Mógłbym jeszcze wymieniać dalej. A i Karol Kamiński, który z nami pracował w latach 2016-2017. Przeszedł przez różne etapy kariery, a teraz jest szefem w „Białym Króliku”. Mamy też Czarka Boraczyńskiego, młodego kucharza, który obecnie kieruje zespołem u Alony. A prawdopodobnie wkrótce dołączy do nas jako szef kuchni.
Wspólny trud
Obserwując Twój zespół w Białym Króliku, chłonęłam niepowtarzalną atmosferę oraz sposób, w jaki mentorujesz młodszych pracowników. Jak to robisz? Jakie wartości wyznajesz?
No wiesz, co, u mnie tak to wygląda, że ja pracuję z tymi ludźmi po prostu. Ja z nimi jestem na tych kuchniach. To jest mentoring na zasadzie, że większość rzeczy naprawdę pokazuję im palcem, tłumaczę. Zauważają, że wspólnie ponosimy trud pracy, co ma pozytywny wpływ na ich motywację. Widzą, że jeśli szef może tak ciężko pracować, to i oni powinni dać z siebie wszystko. Z drugiej strony, w miejscach, w których mnie na co dzień nie ma, a tak na przykład teraz jest „Hewelka”, po prostu przyjeżdżam, koryguję menu. Jeżeli są jakieś problemy kalkulacyjne, czy problemy związane z wyższymi sprawami, no to oczywiście wtedy wchodzę do gry. Wszystkie procesy związane z wprowadzaniem nowego menu oraz późniejszą analizą opinii spoczywają na mnie. Na przykład w przypadku nowej restauracji, którą ostatnio otwieraliśmy, proces ten odbywał się w formie intensywnego konsultingu, obejmującego wprowadzenie nowych pracowników oraz szefa kuchni.
Jak układa się Twoja współpraca z pokoleniem Z?
Tak naprawdę polega ona to na tym, że ja własnymi rękami trochę pokazuję tym ludziom, jak pracować, ale też traktuję ich tak, jak ja bym chciał być traktowany, no mi też się zdarzało popełniać bardzo dużo błędów w swoim życiu, no i te błędy w jakiś sposób później naprawiałem i oni też oczekują ode mnie takiej szansy.
Rynek gastronomiczny pod presją
Rynek gastronomiczny w ostatnich czasach jest pod ogromną presją (koszty, zasoby ludzkie). Jak oceniasz główne wyzwania, biorąc pod uwagę kilka restauracji, za które odpowiadasz?
Niestety, ale koszty. W dzisiejszych czasach największy udział to już nie jest food cost, jest ciągła wojna cenowa, więc możemy mieć w niskich cenach naprawdę dobre produkty. Niestety, w dzisiejszych czasach największym kosztem prowadzenia restauracji jest człowiek. Dobry pracownik, którego każda godzina pracy ma znaczenie, wpływa na opłacalność lokalu. Dodatkowo rosną koszty stałe, takie jak energia czy najem, które z roku na rok ciągle się zwiększają. To stanowi poważne wyzwanie dla miejsc, które decydują się na prowadzenie ambitnej kuchni w wynajmowanych przestrzeniach. Osobiście nigdy nie otworzyłbym restauracji fine dining, jeśli nie byłbym właścicielem lokalu. Trzeba mierzyć siły na zamiary. Jak już wspomniałem, największym kosztem jest praca ludzi, co odnosi się do produkcji. Niestety, wiele restauracji musi przestawiać się na półprodukty lub korzystać z gotowych wyrobów, aby zapewnić sobie opłacalność.
Manufaktura w dzisiejszych czasach to postawienie kogoś na osiem godzin, aby lepił pierogi w restauracji. Jeśli jednak nie sprzedajesz ich w tysiącach lub dziesiątkach tysięcy tygodniowo, to taka inwestycja nie będzie się opłacać. Więc to jest jednak taka ciągła gonitwa i mam wrażenie, że takie granie z tą opłacalnością z dnia na dzień, więc trzeba podejmować kroki tu i teraz, trzeba ciągle analizować wyniki z miesiąca na miesiąc i do dziesiątego dnia każdego miesiąca trzeba podejmować kroki na następny miesiąc. Nigdy nie można żyć w przeświadczeniu, że cena ustawiona na jedno danie po trzech miesiącach będzie dalej aktualna, bo niestety przy tych zmieniających się cenach różnego rodzaju usług, z których my korzystamy lub produktów, które do nas przychodzą, no możemy w pewnym momencie stracić tę granicę opłacalności.
Przyszłość polskiej gastronomii
Jak widzisz przyszłość polskiej gastronomii?
Wierzę, że w naszym kraju czeka nas lepsza przyszłość, ponieważ mamy wspaniałych ludzi i fachowców. Duży wpływ na to, jak rozwinie się sytuacja, będzie miała końcówka wojny na Ukrainie oraz to, jaki to będzie miało wpływ na mężczyzn, którzy tam walczą. Jeśli ci mężczyźni wrócą na nasz rynek pracy, to będzie miało znaczenie i przyczyni się do wzrostu. W tej chwili brakuje nam wykwalifikowanych pracowników, zwłaszcza tych, którzy biegle posługują się językiem angielskim.
Wspieram się pracownikami z Ameryki Południowej, gdzie problem z językiem jest znaczący. Uważam, że siła robocza będzie miała kluczowy wpływ na rozwój gastronomii. Widzę, ile dużych hoteli otwiera się w tym roku w Trójmieście i zastanawiam się, kim obsadzą poszczególne stanowiska. Moi koledzy, którzy prowadzą restauracje, mają trudności ze znalezieniem pracowników. Więc naprawdę trzeba się zastanowić, w jaki sposób ugryźć temat tego, żeby po prostu kształcić młodych ludzi, którzy wychodzą ze szkół gastronomicznych i chcą pracować w tym zawodzie. Najlepszym rozwiązaniem dla nas będą pracownicy z Białorusi i Ukrainy, którzy są bliscy kulturowo i szybko przyswajają nasz język.
Sezon w Trójmieście
Jaki będzie sezon letni w Trójmieście, na Kaszubach, na Półwyspie? W której lokalizacji tkwi największy potencjał? Jak stabilizować biznes na Pomorzu poza sezonem?
Sezon letni zawsze jest dla mnie udany, niezależnie od lokalu, więc trudno mi wskazać jeden szczególny. Na pewno w Sulęczynie mamy nasze żniwa – w tych dwóch obiektach organizujemy około 62 wesela. Jeśli chodzi o restaurację, która otworzy się w czerwcu, to podejrzewam, że drzwi się nie zamkną. Będziemy potrzebować większych mocy przerobowych. W Hewelce latem obroty rosną, ale przez cały rok utrzymujemy podobny poziom. Kluczowe dla nas są miesiące, w których organizujemy różne imprezy i przedsięwzięcia. W obliczu zmieniających się cen usług i produktów, które do nas docierają, możemy w pewnym momencie stracić granicę opłacalności. Nie obawiam się o gości, którzy będą odwiedzać nasze lokale, bardziej martwi mnie kwestia pracowników.
Zainteresowała Cię ta rozmowa, przeczytaj wywiad z Piotrem Pietrasem i Adrianem Bębnem.




